
Ambicje europejskie, zaufanie do trenera i konsekwencja w działaniu. PGE MKS El-Volt Lublin chce nie tylko wrócić na szczyt krajowy, ale też zaistnieć na międzynarodowej scenie. O planach i wyzwaniach opowiada prezes klubu, Tomasz Lewtak.
Zapytam na początku naszej rozmowy o ocenę dotychczasowego sezonu w wykonaniu PGE MKS-u El-Volt Lublin.
TOMASZ LEWTAK: – W obecnym momencie jest to dla mnie olbrzymie rozczarowanie (rozmowa przeprowadzona przed pierwszym meczem eliminacji Ligi Europejskiej Kobiet dop. DO), szczególnie w kontekście meczu z Piotrcovią Piotrków Trybunalski. Uważam, że nie po to budujemy zespół, żeby martwić się straconymi punktami z tym rywalem, do którego mam oczywiście olbrzymi szacunek. W założeniu ten sezon miał wyglądać tak, że gramy o pełną pulę. Taki przekaz poszedł do zespołu przed startem sezonu i jest on spójny z trenerem Pawłem Tetelewskim oraz jego sztabem. Czasem patrzę na papier, na zestawienie naszego składu, i zadaję sobie pytanie, czy aby nie przesadzam. Wydaje mi się, że nie, ponieważ potencjał tej drużyny pozwala nam marzyć o grze o złoty medal. Największym dotychczasowym rozczarowaniem pozostaje mecz z Piotrcovią, jednak cieszę się z tego, jak zespół zaprezentował się w spotkaniu z KPR-em Gminy Kobierzyce. Naszym celem jest gra w Europie, a rozmawiamy w dniu, który jest jednym z kroków, by znaleźć się w fazie grupowej Ligi Europejskiej. Uważam, że to właśnie pochodną grania na odpowiednim poziomie w Europie będzie mistrzostwo Polski, a nie odwrotnie. Jeżeli będziemy bardzo mocni w Europie, będziemy też najmocniejsi w kraju. Natomiast, jak widać, teoria to jedno, a praktyka drugie.
Niektórzy z całą pewnością skreślają już szansę na mistrzostwo Polski zawodniczek PGE MKS-u El-Volt Lublin. W tym momencie przewaga KGHM MKS Zagłębia Lubin wynosi już sześć punktów w tabeli ORLEN Superligi Kobiet.
– Wiadomo, że złośliwi powiedzą, iż sześć punktów przewagi to sporo i trudno to odrobić. Ale można też powiedzieć, że wszystko jest jeszcze w grze. Zwłaszcza że tylko my w ostatnich sezonach byliśmy w stanie pokonać KGHM MKS Zagłębie Lubin. Poziom pierwszego meczu w ORLEN Superlidze Kobiet pomiędzy naszymi zespołami w tym sezonie pokazał, że nie ma ogromnej różnicy między naszymi zespołami – to było spotkanie na styku. Przed nami jeszcze trzy mecze ligowe z tym rywalem, więc strata sześciu punktów nie jest nie do odrobienia. Musimy te spotkania po prostu wygrać. Absolutnie nie przekreślam naszych szans i jestem od tego daleki. Wystarczy spojrzeć na system gier i kalendarz rozgrywek. Uważam, że dopiero teraz, właśnie przed tym meczem, będziemy w optymalnym składzie. Po raz pierwszy w tym sezonie, choć zagramy jeszcze bez Sylwii Matuszczyk i Julki Pietras. Poza tym wszystkie dziewczyny są zdrowe i przygotowane do gry. Wierzę w nasz zespół.
Jeśli chodzi o początek sezonu – może to nie jest usprawiedliwienie, ale niełatwo rozpocząć rozgrywki mając pięć kontuzjowanych zawodniczek.
– Było mi bardzo szkoda tego początku sezonu. Z trenerem Pawłem Tetelewskim zaplanowaliśmy świetny okres przygotowawczy – z dużą liczbą sparingów przeciwko mocnym rywalom. Chcieliśmy naocznie zobaczyć, jak gra europejska czołówka, i sprawdzić siłę naszego zespołu w pełnym składzie. Nie mogliśmy jednak tego zrobić, bo od początku zmagaliśmy się z kontuzjami. Z jednej strony trzeba było mocno rotować składem i oszczędzać zdrowe zawodniczki, a z drugiej planowaliśmy przetestować meczowe warianty z najlepszymi drużynami. W tyle głowy był też Superpuchar Polski. Trzeba przyznać, że dziewczyny dały z siebie maksimum, choć niedosyt po meczu z Piotrcovią pozostał. Mało osób wie, że przed tym spotkaniem odbyliśmy zaledwie jeden trening w meczowym składzie. Podstawowe zawodniczki wróciły świeżo po meczach reprezentacji, gdzie doznały drobnych urazów. Dodatkowo w trakcie meczu kontuzji doznała Magda Więckowska, liderka naszego zespołu i wciąż wraca do pełni zdrowia. Splot nieszczęśliwych zdarzeń i świetna dyspozycja zespołu z Piotrkowa dała wspólny mianownik – taki, a nie inny wynik. Bardzo żałuję tej porażki, ale to dopiero początek sezonu.
Dopytałbym właśnie o wybór Pawła Tetelewskiego jako trenera PGE MKS-u El-Volt Lublin. Można powiedzieć, że w pewien sposób został on odświeżony, bo kilka lat nie prowadził klubu w ORLEN Superlidze Kobiet. Jeśli spojrzeć na wiele komentarzy kibiców, to trener, który zyskał ich zaufanie.
– Chociaż coś tam grałem, nigdy w życiu nie odważyłbym się stwierdzić, że potrafię najlepiej merytorycznie rozpisać sportowe aspekty piłki ręcznej. Dlatego funkcję dyrektora sportowego oddaliśmy wspólnie z Wiceprezes Sabiną Włodek w ręce Moniki Marzec, a my mocno stawiamy na autonomiczność Pawła Tetelewskiego w kwestiach sportowych – choćby transferowych. Uważam Pawła Tetelewskiego za świetnego trenera. Przede wszystkim podoba mi się jego logika w prowadzeniu meczu, co wcale nie jest takie częste wśród szkoleniowców. Podejmuje bardzo dużo logicznych decyzji, które są w pełni wytłumaczalne – mimo jego wybuchowego temperamentu podczas meczów. Paweł twardo stąpa po ziemi, nie ma momentów, w których traci kontrolę nad meczem. Dlatego ocena jego pracy ze strony zarządu jest wysoka. Uważam też, że temu klubowi przez lata brakowało stabilizacji. A właśnie tę stabilizację chcę wprowadzić razem z Pawłem jako trenerem tego zespołu.
Pozostając w temacie sztabu szkoleniowego – coś, co na pewno robi wrażenie, to jego rozbudowa. Trener motoryczny, trener bramkarzy itd. To wciąż nie jest standard w każdym klubie ORLEN Superligi Kobiet.
– Mam w głowie swoją definicję klubu i tego, jak powinien on wyglądać. Mówię oczywiście o klubie piłki ręcznej, bo piłka nożna rządzi się trochę innymi prawami. Jedną z części tej definicji jest to, że sztab szkoleniowy ma być „z krwi i kości”, a nie ograniczać się do pierwszego trenera i ewentualnie asystenta, którzy odpowiadają za wszystko – taktykę, przygotowanie motoryczne, siłownię czy trening bramkarski. W mojej wizji dobrze zorganizowanego klubu sztab jest kompletny: pierwszy trener, asystent, trener bramkarzy, trener przygotowania motorycznego, fizjoterapeuci oraz zaplecze do odnowy biologicznej. Kiedy przyszedłem tutaj niecałe trzy lata temu, nie było mowy o żadnym zapleczu klubu. Były zawodniczki i ręce fizjoterapeuty z asystentem i tyle, jeśli chodzi o odnowę biologiczną. Ta definicja, o której wspominałem, spowodowała, że dziś możemy śmiało mówić o solidnym zapleczu medycznym. Zakupiliśmy m.in. tecar – urządzenie, które nie jest standardem w klubach piłki ręcznej. Posiadamy też normateki, system game ready oraz wannę do krioterapii. Staram się budować klub w taki sposób, żeby każda reprezentantka swojego kraju, widząc nasze zaplecze, mogła powiedzieć: „PGE MKS El-Volt Lublin to naprawdę profesjonalnie zorganizowany klub.”
I chyba silna akademia. Podczas wizyty w Lublinie planuję porozmawiać z Michałem Szybą, który właśnie współpracuje z waszym klubem. To pokazuje, że chcecie stawiać nie tylko na żeńską, ale też na męską piłkę ręczną i jej popularyzację w Lublinie.
– W dniu, w którym rozmawiamy, odbył się Bogdanka Handball Camp, w którym wzięły udział głównie dziewczynki, ale chłopcy z Akademii Michała Szyby również otrzymali taką możliwość. Ze względów logistycznych zaprosiliśmy setkę dzieci, które trenowały pod opieką dziesięciu trenerów.Zajęcia prowadziły m.in. Weronika Gawlik, Sylwia Matuszczyk i Julka Pietras. Dzieci wyszły z zajęć z uśmiechami na twarzach i mnóstwem klubowych gadżetów. Dbamy o piramidę szkoleniową – obecnie w naszej strukturze mamy około 300 dziewczynek w różnym wieku.Bardzo mocno współpracujemy też na zasadzie partnerstwa z Akademią Michała Szyby. Ten projekt rozpoczął się w 2024 roku i już skupia około 50 zawodników. Biorąc pod uwagę konkurencję ze strony innych dyscyplin, uważam, że to bardzo dobry wynik, jeśli chodzi o pozyskiwanie dzieci i sportowych talentów.
Tak jak już wspominaliśmy, spotykamy się w dniu pierwszego meczu o awans do Ligi Europejskiej Kobiet. Zastanawiam się, jak uczestnictwo w tych rozgrywkach może wpłynąć na rozwój klubu. W przypadku piłki nożnej mówimy o sporych kwotach za awans, zwycięstwo czy remis. A jak to wygląda w piłce ręcznej kobiet?
– Nie tak dawno widzieliśmy oświadczenie zespołu z Ostrowa Wielkopolskiego, który początkowo wycofał się z Ligi Europejskiej. Wokół tej decyzji pojawiło się wiele podzielonych komentarzy – jedni krytykowali, drudzy chwalili za odpowiedzialność. Miałem okazję rozmawiać z różnymi osobami wysoko postawionymi, które mówiły mi wprost, że nie rozumieją tego podejścia. Trzeba jednak pamiętać, że żeby zagrać w Lidze Europejskiej, trzeba po prostu móc sobie na to pozwolić – mieć na to środki finansowe. Nawet zakładając, że kluby otrzymują pieniądze za zdobyte punkty, w żadnym wypadku nie pokrywają one kosztów choćby jednego meczu. Ewentualne wpływy z uczestnictwa w Lidze Europejskiej, przynajmniej z perspektywy budżetu naszego klubu, są mało znaczące. Samo wpisowe do tych rozgrywek, po przeliczeniu na złotówki, wynosi około 70 tysięcy złotych depozytu, który trzeba wpłacić. Kwota ta maleje w zależności od liczby rozegranych spotkań, ale mimo wszystko – na grę w Lidze Europejskiej mogą sobie pozwolić tylko dobrze funkcjonujące finansowo kluby. My natomiast gramy w niej z kilku powodów.
Z jakich względów?
– Po pierwsze – z myślą o kibicach. Nasz kibic jest bardzo świadomy, i nie mówię tu tylko o sektorze X, z którym ściśle współpracujemy, ale o całej publiczności. Wiemy, że jeśli zagramy z uznaną europejską marką, frekwencja będzie bardzo wysoka. Pomimo że już drugi rok z rzędu mamy najwyższą frekwencję w ORLEN Superlidze Kobiet, to w przypadku występów w Lidze Europejskiej mogę śmiało założyć, że na trybunach pojawi się nawet tysiąc kibiców więcej. Miasto Lublin, Województwo Lubelskie, Nasi Sponsorzy i Partnerzy – podobnie ich władze, są bardzo sportowe i świadome. Chcą sukcesów, chcą obecności w europejskich pucharach. Zarówno prezydent Krzysztof Żuk, jak i marszałek Jarosław Stawiarski doskonale rozumieją, co oznacza gra w Europie i jakie ma to znaczenie dla promocji miasta oraz regionu. Sport jest jednym z elementów, który pokazuje poziom rozwoju regionu i cieszę się, że z władzami miasta możemy o tym rozmawiać na takim poziomie. Grając w pucharach, reprezentujemy nie tylko klub, ale także miasto, województwo i naszych sponsorów. Na te rozgrywki – europejskie puchary, zasługują nasi kibice, Lublin, całe województwo oraz partnerzy, którzy wspierają nasz klub. Chcemy w nich uczestniczyć nie ze względów finansowych, ale z dumy, ambicji i chęci reprezentowania naszego regionu i sponsorów na arenie międzynarodowej.
Jak widzisz PGE MKS El-Volt Lublin za kilka lat?
– I tutaj można wrócić do tego, o czym myślę praktycznie każdego dnia, bo jesteśmy w dość specyficznym miejscu – tak bym to nazwał. To pewien etap, którego nie możemy przeskoczyć, choć mamy ku temu odpowiednie warunki. Aby wejść do fazy grupowej Ligi Europejskiej, trzeba pokazać się z bardzo dobrej strony w kwalifikacjach i jesteśmy do tego przygotowani pod każdym względem: organizacyjnym, finansowym, a moim zdaniem również sportowym. Jednocześnie wciąż nas tam nie ma. Dwa lata temu udało nam się to dzięki spektakularnemu zwycięstwu w dwumeczu z mistrzem Serbii. Rok temu zabrakło do awansu w bilansie dwóch bramek w rywalizacji z mistrzem Hiszpanii. W obecnym sezonie los skojarzył nas z mistrzem Polski, co moim zdaniem jest pewnym absurdem. Mam nadzieję, że w przyszłości wprowadzona zostanie zasada, iż dwa zespoły z jednego kraju nie mogą spotkać się w kwalifikacjach. Jesteśmy przygotowani, by grać w Europie, ale o wszystkim decydują detale. I nie boję się powiedzieć, że w przyszłym sezonie zarówno organizacyjnie, jak i finansowo będziemy gotowi na walkę o najwyższe cele w Lidze Europejskiej. Ten etap rozpoczęliśmy już teraz, pracując nad budżetem na przyszły i kolejny sezon. Budujemy najbardziej stabilny i najsilniejszy klub w Polsce pod względem organizacyjnym i finansowym. Jednocześnie wciąż daleko nam do realizacji celu, jakim jest regularna gra w Europie. Jestem dumny z sieci sponsorskiej, jaką udało nam się stworzyć. Mamy silne wsparcie kapitału prywatnego, samorządowego i państwowego – na czele z naszym sponsorem tytularnym, PGE i El-Volt. Ta piramida sponsorka zbudowana jest na zdrowych zasadach i, śmiało mogę to powiedzieć, wręcz podręcznikowa.
Czy w przypadku waszego klubu można mówić o czasie na budowę, czy raczej o oczekiwaniu sukcesu tu i teraz?
– Zgodzę się z tymi słowami, ale z drugiej strony warto spojrzeć na sytuację obiektywnie. To mój trzeci rok w roli prezesa i mogłem wreszcie skupić się na sprawach organizacyjnych. W tym czasie zdobyliśmy brązowy medal, który nie ukrywam był dla nas rozczarowaniem, ale mimo to jesteśmy tu dalej i funkcjonujemy coraz lepiej. Wiem, że mamy cierpliwość i pełne zaufanie ze strony właściciela klubu, czyli miasta Lublin, a konkretnie prezydenta Krzysztofa Żuka. Jesteśmy w bardzo dobrym momencie, jeśli chodzi o organizację, a także o zrozumienie tego, jak specyficzna jest piłka ręczna. To nie jest dyscyplina, w której można dokonać rewolucji w jeden sezon. Tu trzeba budować skład i stabilność zespołu latami.
Na koniec naszej rozmowy – czy kluby mogą realnie wpłynąć na rozwój piłki ręcznej w Polsce?
– Na pewno sukces całej dyscypliny budują wyniki reprezentacji Polski. Jeśli kadra będzie osiągać znaczące rezultaty, my jako kluby nie możemy przegapić tego momentu. Musimy wtedy podciągnąć poziom organizacyjny i sportowy, by nadążyć za reprezentacją. To jednak złożony proces. Ciekawym przykładem jest koszykówka – tam reprezentacja odnosi świetne wyniki, ale nie przekłada się to bezpośrednio na siłę klubów. My jako dyscyplina mamy swoje problemy, a nasza reprezentacja jest daleka od osiągania sukcesów. Żeńska kadra zajęła bardzo dobre miejsce w mistrzostwach Europy, ale jeśli chodzi o rozpoznawalność, wciąż jesteśmy daleko. Staramy się to monitorować na bieżąco.
Pod względem oglądalności mówi się, że piłka ręczna jest już gorsza nawet od hokeja na lodzie.
– Mimo wszystko uważam, że wciąż jesteśmy przed hokejem, chociażby ze względu na widowiskowość naszej dyscypliny. Widzę to po kibicach – jeśli uda mi się zaprosić na mecz kogoś, kto wcześniej nie oglądał piłki ręcznej, to zawsze wychodzi zadowolony i… wraca. Ludzie przywiązują się do tej dyscypliny i się w niej zakochują. Jak zbudować silną piłkę ręczną w Polsce? Trzeba działać niestandardowo. Robiąc to samo, co wszyscy, w żaden sposób się nie wyróżnimy. Aby reprezentacja osiągała wyniki, muszą być zawodniczki na najwyższym poziomie, a żeby takie się pojawiły potrzebne są silne kluby. Chciałbym, aby mistrz, wicemistrz i brązowy medalista Polski coś znaczyli w europejskich pucharach. Do tego dążymy udowodniłem to chociażby transferami Magdy Balsam czy Aleksandry Rosiak. Wiem, na jakim poziomie finansowym zastaliśmy klub kilka lat temu, a w którym momencie jesteśmy teraz. Jesteśmy na dobrej drodze, by pomóc polskiej piłce ręcznej w rozwoju – nie tylko w Lublinie, ale w całym kraju. A jak to wyjdzie? Zobaczymy.
